Jeśli ktoś opowiadał ci kiedykolwiek o raju na ziemi, to musiał mieć na myśli Sierra Tarahumara. Wąwóz Miedzi, czterokrotnie większy od Wielkiego Kanionu w Arizonie, to istny ocean gór. Tutejsze krajobrazy, poorane bliznami kanionów, są pełne spokoju i piękna. Skalne rozpadliny, sosnowy gąszcz - w takiej scenerii żyje blisko 50 tysięcy Indian Tarahumara.

I człowiek chciałby opisać, jak tu jest, ale to niemożliwe. Bo trzeba samemu tu przyjechać - zobaczyć Indian, wąwozy i rzeki, i pooddychać prawdziwym powietrzem.

Tutaj strumień się cieszy, ze może do woli się pluskać w promieniach słońca. Rośliny nie lubią, by je dotykać. Temu miejscu nie podoba się hałas.

Wszystko się dzieje na prawach ciszy. Nie słychać samochodów, nie krzyczą handlarze. Górskie powietrze jest rozkosznie rześkie. Wreszcie jestem za miastem, w sercu świata ludzi, którzy ukochali milczenie.

Indiańscy maratończycy

Ci ludzie to Indianie Tarahumara, jedno z najbardziej niezwykłych plemion na ziemi. Słyną w całej okolicy z biegów na długie dystanse. Biegają po górach jakby nigdy nic, a kilometry w zastraszającym tempie uciekają im spod stop. Potrafią biec dzień i noc, by przemierzyć ponad stukilometrowy dystans, kopiąc przed sobą drewniana piłeczkę. Oni sami mówią o sobie - Raramuri, el que camina bien; ten, który dobrze wędruje, szybki biegacz.

Żyją w jaskiniach, albo w chatkach z drewna i gliny. Jedzą pinole, mieloną kukurydzę z dodatkiem wody, fasolę, czasami mięso. Mężczyźni noszą na biodrach bawełniane przepaski. Na stopach zawiązują rzemykami sandały zrobione z kawałka samochodowej opony. Kobiety ubierają się w falbaniaste spódnice, a głowy chronią kwiecistymi chustami. Na tle górskiego krajobrazu wyglądają barwnie niczym postaci z bajki.

Zapaleńcy wracający stąd raczyli mnie opowieściami o Indianach prowadzących żywot nie z tego wieku. Z powątpiewaniem kręciłam głową i nie wierzyłam w połowę tego, co mówili. Musiałam tu przyjechać i na własne oczy zobaczyć, że to możliwe.

Dusza mieszka wśród Indian

Ich język, RARAMURI, należy do grupy juto-azteckiej, łącznie z nahuatl, cora, huichol i yaqui. Rozkosz dla etnolingwisty - przeważają dźwięki delikatne, niegardłowe. Tak jakby językiem wyrażali swoja filozofię i osobowość. Mówią łagodnie, wysławiają się dokładnie, bez powtórzeń.

Niektórzy znają hiszpański, ale mówią mało, nie chcą rozmawiać z obcymi. Czasami udają, że nie rozumieją, na wszystkie pytania z uporem odpowiadają "dwadzieścia pesos". Patrzą na ciebie wielkimi oczami, i maja na twarzy taki spokój, jakby wszystko już wiedzieli i do końca życia nie musieli otwierać ust. Jakby cisza była podstawa zachowania harmonii i godności.

Dla nich jesteś chavochi - obcy. Chavochi nie jest określeniem ani pejoratywnym ani pozytywnym, nie niesie ze sobą żadnych uczuć, tak samo jak nie wzbudza emocji twoja osoba. Równie dobrze mógłbyś dla nich nie istnieć, jesteś z innego świata - i tego świata wcale nie są ciekawi. Nie nadajesz się do związania z tobą jakąkolwiek relacją. O Indianach Tarahumara ożenionych z Metysami mówi się, że stracili duszę.

Dzieci - nie - dzieci

Dzieci Tarahumara patrzą na ciebie oczami wielkimi jak talerze i nie wydają dźwięku. Czekasz pół godziny, godzinę, dwie... nic. Nie płaczą, nie gaworzą, nawet się nie wiercą - jak nie dzieci. Tylko patrzą na ciebie milcząco i maja oczy tak duże, że mieszczą w nich całą Sierra Tarahumara.

Miguel twierdzi, że tutaj dzieciom pozwala się na wszystko. Mogą robić, co tylko im się podoba, a dorośli nie podnoszą na nie ręki. (Ani nie krzyczą, bo krzyk w ogóle jest dla nich czymś obcym). Gdy niemowlęta płaczą, matki nie przytulają ich, ani nie całują, tylko pozwalają im płakać tak długo, aż się zmęczą. Przerzucają je przez plecy w kolorowym rebozo i idą dalej. Nie krzyczą, nie dają klapsów - najwyżej uspokajają je krótkim syknięciem.

Dzieci-nie-dzieci są śliczne. Z tobołków na barkach Indianek wystają bose stópki i umorusane, zasmarkane twarzyczki. Nie mają wózków, plastikowych grzechotek ani lalek Barbie. Zamiast butelek z mlekiem - matczyną pierś.

I bez przerwy, na plecach matki lub siostry, czują ciepło ludzkiego ciała.

Motyle

Postanowiłam pojechać do Norogachi, gdzie swoją książkę o Indianach Tarahumara pisał Antoni Artaud. Wstałam wcześnie, by dojechać autobusem do Rocheachi. Poranna mgiełka spowijała świat i droga zakręcała się jak serpentyna.

Z Rocheachi dojechałam do Norogachi z rodziną Metysów, która wiozła w samochodzie dwa koguty. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce i wygramoliłam się z szoferki... Zaskrzypiały wielkie drewniane drzwi - i z kościoła, wprost na mnie, wysypały się tłumy kobiet i dzieci Tarahumara!!!

Mogły ich być ze dwie setki, albo z wrażenia dwoiło mi się w oczach. Dreptały pod górę staruszki ze zmarszczkami głębokimi jak kaniony, o siwych włosach i uśmiechach dziewczynek. Szły pogadując sobie grube kobiety w swych przecudnych spódnicach. Ubrane w kolory najjaskrawsze, z zajadłością atakowały moje oczy. Żółte, różowe, zielone, wściekle fioletowe - wyglądały jak olbrzymie, monstrualne motyle!

Dosłownie w y f r u n ę ł y z kościoła, a dzieci plątały im się między nogami. Stałam tam, osłupiała, a one przechodziły obok, jakby nigdy nic. I w ogóle, wcale a wcale, nie zdawały sobie sprawy, ze jawią mi się jak postaci nie z tego świata! Cała ta niedzielna scena była jak z bajki - i to bajki w kolorze, na najczulszej kliszy.

Tymczasem mężczyźni, w swych bawełnianych przepaskach zamiast spodni, siedzieli na placyku i z namaszczeniem oddawali się nicnierobieniu.

Kupujcie, ludzie, kupujcie!

Niebo jest gładkie jak nakrochmalona poduszka. Tylko w jednym miejscu, za wzgórzem, ktoś przeciął je żyletką i jak pierze wysypały się chmury.

Wstałam wcześnie, by jeszcze dziś wrócić do Creel. Mam szczęście - ciężarówka z owocami jedzie w tym kierunku. I owszem, mówi tubalnym głosem Alejandro, zmieszczę się w szoferce.

Co pół godziny zbaczamy z drogi, by skręcić do zapadłej wioski i sprzedawać. Mamy głośniki i mikrofon. Alejandro ochoczo nawołuje, ze przywieźliśmy owoce, podaje ceny. Miotam się między arbuzami i melonami, mylę ceny, ważę banany, pakuję pomarańcze do papierowych toreb. Indianie Tarahumara i Metysi patrzą nieufnie, co tu się dzieje. Alejandro i jego pomocnik pękają ze śmiechu. Rozkwasiłam kilka gruszek, ale były już przejrzałe.

Nasze pojawienie się wywołuje w wiosce zamieszanie - nieczęsto pojawia się tu ktoś obcy. Tygodniami nie dzieje się nic. Na placu siedzą mężczyźni i popijają colę. Maja ręce wolne od zegarków. Czas naprawdę stoi tutaj w miejscu. Mają to, czego tak brakuje tylu ludziom rozwiedzionym z Naturą - spokój. Kobiet nie widać - to pora obiadu.

Poza tym tamaryszek nie idzie i skończyło się awokado. Jedziemy dalej!

Noc świętego Ignacego

Zewsząd dochodziło kumkanie z pobliskiej Doliny Żab. Piękna czarna noc była pogrążona w skrzeku. Przedzieraliśmy przez ciemność do misyjnego kościoła sprzed czterystu lat. Ktoś szeptał, że dziś będzie tu fiesta z okazji święta patrona wioski - świętego Ignacego.

Potykając się o kamienny schodek wchodzimy do kościoła - Carlos, dwie Włoszki studiujące antropologię i ja, trzęsąca się z wrażenia. Przede mną faluje morze głów w kolorowych chustkach. Dzieci śpią słodko pod ścianą. Chłopcy badawczo zerkają, a dziewczynki chichoczą i wstydliwie chowają twarze w pasiaste rebozos. Kobiety siedzą w milczeniu po prawej stronie kościoła. Niektóre przysypiają, inne znużonym wzrokiem wodzą za ręką perorującego z zapałem księdza. O północy zaczyna się msza w języku raramuri.

Potem nagle gaśnie światło. Raz po raz przeciska się przez tłum podchmielony staruszek. W dłoni dzierży tesguino, mocne piwo warzone z kukurydzy. Indianie biorą go za bary i wyprowadzają na zewnątrz. Ktoś majstruje przy świetle, ale nic nie da się zrobić. Mężczyźni i chłopcy Tarahumara tańczą w migotliwym blasku świec. Melodia jest niegłośna, niehałasliwa, grają na bębenkach i chapareke, dzwonią grzechotkami, z zapałem przytupują i pogwizdują. Muzyka wprowadza w dziwny, monotonny spokój, trans.

Usiedliśmy na drewnianej podłodze. Indianie nawet na nas nie spojrzeli - nie ma nas. Oni są u siebie, my jesteśmy tylko powietrzem. W ogóle na nas nie patrzą, nie można spotkać ich oczu. Nie ciekawi ich co tu robimy, skąd się tu wzięliśmy. Zazdrośnie strzegą swej tożsamości. Świętują tu w swoim świecie, swoim wymiarze, do którego nie mamy wstępu...

A my, oczarowani, z podpatrzonym u nich spokojem możemy jechać dalej.

 Aby wybrać się z nami na wyprawę:

-Meksyk-Honduras-Gwatemala - kliknij tutaj

-Meksyk-Kuba - kliknij tutaj