Puebla to jedno z najurokliwszych miast Ameryki. Obok peruwiańskiego Cuzco jest najpiękniejszym miastem pokolonialnym dwóch wielkich kontynentów.

 

PUZZLE Z MEKSYKAŃSKIEJ PUEBLI.

 

Na tyle zafascynowałem się meksykańską Pueblą, iż spędziłem w niej więcej czasu, niż wcześniej planowałem, układając w głowie rozrzucone puzzle wrażeń, tak, jak siedem lat temu układano zburzone ściany domów i kościołów po tragicznym trzęsieniu ziemi. Po czterdziestosekundowych wstrząsach, miastu szybko udało się powrócić do swej codzienności, która, uzupełniana sąsiedztwem dwóch wulkanów – Popocatépetl i Izaticcíhuátl, wydaje się być przeżywana mocniej niż gdziekolwiek indziej na świecie. 

 

PUZZLE HAŁAŚLIWE.

 Wybieram niewielki hotel w centrum, jeden kwartał od głównego placu, zwanego – jak wszędzie w Meksyku - Zócalo. Puebla, podobnie jak inne miasta kraju zbudowana jest w typowym kolonialnym stylu szachownicy jednokierunkowych ulic. Niskie niezwykle barwne trzy- lub czteropiętrowe kamienice przyklejone bokami do siebie, tworzą nierozerwalny ciąg ścian, załamujący się jedynie przy skrzyżowaniach.

 

Na jedno z takowych wychodzi okno mojego pokoju. Kilka metrów dzieli je od ulicznych semaforów. W ciągu dnia światła uliczne są wyłączane i zastępują je bardzo urodziwe policjantki, pogwizdujące na opieszale ruszające auta. Ich kierowcy nie pozostają dłużni funkcjonariuszkom, co i raz głośno trąbiąc na nie (lub może na siebie wzajemnie?). I tak, co kilka sekund następują po sobie: przeciągły gwizd, cisza i kakofonia klaksonów, dopełniana hałasem silników, wprowadzanych na wyższe obroty. Za dnia nie udaje mi się znaleźć nawet minuty wolnej od rytmicznego ciągu dźwięków, więc mimo znużenia ciepłym słońcem, operującym mocno na tej wysokości (2160 m n.p.m), rezygnuję z popołudniowych drzemek i włóczę się po ulicach miasta. Jest na nich nawet ciszej, niż w hotelowym pokoju, jeśli nie liczyć taksówkarzy, którzy za punkt honoru stawiają sobie informowanie każdego przechodnia o swym istnieniu. Pierwszego dnia nie udaję się na Plaza Principal (czyli Zócalo), pozostawiając odrzewiony plac na jeden z kolejnych wieczorów.

 

Idę w przeciwnym kierunku, do miejsca uznawanego za symbol meksykańskiego baroku. Jest nim zbudowany w 1611 roku Kościół Świętego Dominika (Te mp lo de Santo Domingo). Podobnie, jak w innych miastach, jest to najbogatsza świątynia w mieście. Bracia Dominikanie, przynosząc na nowo zdobyte ziemie wiarę chrześcijańską, pozostawili po sobie kościoły, pełne malowideł i wykwintnych rzeźb.

 

Budynki, czasami z zewnątrz niczym niewyróżniające się, w środku oszałamiają pozłacanymi tynkami, malowidłami i kamiennymi rzeźbami tłustych cherubinów, otoczonych dziesiątkami roślinnych zdobień. Jest ich mnóstwo zwłaszcza w Kaplicy Różańcowej. Gdy ją odwiedzam, właśnie odbywa się ślub. Poraża mnie zapach kwiatów i ogrom złotych dekoracji, zdających się wręcz skapywać ze ścian i sufitu. Choć bardzo się staram, to nie udaje mi się skupić wzroku na niczym dłużej niż kilka sekund. Rozprasza mnie ilość sztukaterii i połyskujące w słońcu kolory. Wyobrażam sobie, jakie wrażenie robiło to miejsce na niepiśmiennych Indianach, którym długo nie pozwalano na wstęp do świątyń katolickich. Ostatecznie spojrzenie koncentruję się n a bieli sukni panny młodej. Zdaje się on a b yć odwzorowaniem barwy płaszcza, okrywającego postać Matki Boskiej, górującej nad ołtarzem.

 

Siadam w końcu kaplicy, nie chcąc przeszkadzać w ślubnej ceremonii. Akustyka wnętrza sprawia, iż słychać wszystko doskonale. Głosy młodożeńców drżą tak bardzo, iż zaczynam się zastanawiać, czy przytłacza ich wielusetletnia historia kaplicy, czy też nieodwołalność podejmowanego właśnie kroku życiowego. A może jeszcze coś zupełnie innego, czego jako obcy dowiedzieć się nie mogę. I nawet zbytnio nie staram się, chłonąc trudną do opisania atmosferę kaplicy, w której codzienność pozostaje gdzieś daleko a myśli same podążają ku sprawom uniwersalnym.

 

PUZZLE RELIGIJNE.

 

Nie nadużywam gościny po niezamierzonym wproszeniu się na ślub i opuszczam kościół, oddając się ponownie urokowi kwadratów miasta. Ulica w prawo, ulica w lewo, ulica w prawo… tak, jak w wielu amerykańskich metropoliach ulice są numerowane i przyporządkowane kierunkom świata. Poniente oznacza zachód, oriente – wschód, norte prowadzi ku północy, sur – na stronę południową. Pozostaję w centrum, przyglądając się zadbanym kamienicom. Fasady wielu z nich pokrywają kwadratowe i prostokątne brązowe cegły, układane na przemian z białymi płytkami ceramicznymi. Ten, sięgający XVII wieku styl, zwany alfeniques ma ponoć przypominać czekoladowe ciastka pokryte grubym cukrem i olejkiem ze słodkich migdałów. Gdy o tym czytam w lokalnym przewodniku, natychmiast odzywa się we mnie odruch Pawłowa. Jego moc jest tak ogromna, iż nie mogę się oprzeć sile, która wewnętrznie zmusza do udania się ku pobliskiej kawiarni. Zamawiam możliwie najsłodsze ciasteczko i kawę po jawajsku. Świeżo parzona z ziaren z Sierra de Puebla i plantacji w stanie Chiapas jest pierwszą, w pełni aromatyczną kawą, jaką piję w Meksyku. Zawsze zadziwiało mnie, iż w kraju uprawiającym tak wiele jej gatunków, nie potrafi się jej przyrządzać. A może jako Europejczyk, zbytnio przyzwyczaiłem się jej starokontynentalnej odmiany i dlatego nie doceniam tutejszego sposobu jej parzenia. Zastanawiając się nad tak „egzystencjalnymi” problemami, mój wzrok trafia na witrynę pobliskiej księgarni. Sprzedające książki i religijne bibeloty katolickie stowarzyszenie obkleiło dużą szybę wizerunkami Chrystusa. Ale zaraz! Ja przecież znam reprodukowany tam obraz. Postać Chrystusa z promiennym sercem i napisem po polsku „Jezu, ufam Tobie” to przecież namalowane w Wilnie dzieło Eugeniusza Kazimirowskiego. Stworzone w 1934 roku według wskazówek świętej Faustyny Kowalskiej jest w Polsce doskonale znane. Jak widać, również poza nią.

 

Jestem tym mile zaskoczony, ciesząc się z niewielkiego polonicum tysiące kilometrów od domu. Po kilkunastu minutach okazuje się, iż historia polskiej świętej zagościła w Puebli znacznie mocniej. Spacerując przez kolejne kwadraty ulic, trafiam do Kościoła Jezuitów (Te mp lo dela Co mp añía de Jesśs). Konsekrowana w 1767 roku, kilka miesięcy przez wypędzeniem Jezuitów z Meksyku, świątynia z fasadą w stylu baroku churrieueresco ma piękny, do połowy śnieżnobiały fronton i dwie, niewysokie wieże. Widać, iż i ona ucierpiała podczas trzęsienia ziemi 15 czerwca 1999 roku. W całym mieście zginęło wówczas ponad 20 osób, a wiele zabytkowych budynków kolonialnych w centrum zostało zniszczonych. Widać też jednak, że już prawie wszystkie zostały pieczołowicie odrestaurowane.

 

Wnętrze kościoła, zwanego czasami świątynią Ducha Świętego (Espíritu Santo) jest jasne, głównie dzięki wpadającemu przez okna delikatnemu światłu. Szare marmury, zakończone złoceniami nie są aż tak bogate jak u Dominikanów, za to dużo bardziej subtelne. I to właśnie tutaj natrafiam na kolejne polskie akcenty. Bez mała w każdym zakątku kościoła wiszą portrety papieża Jana Pawła II, sąsiadujące ze zdjęciami Benedykta XVI, zaś na półokrągłym ołtarzu widnieje wspominany już wcześniej obraz Chrystusa i portret siostry Faustyny Kowalskiej. Życie zakonnicy Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia dokładnie opisują po hiszpańsku tablice, ustawione przy ołtarzu.

 

Gdy odwiedzam kościół, jest w nim kilkanaścioro wiernych, w cichej modlitwie spoglądających to na ołtarz, to na zdjęcia polskiego papieża. Poza naszym krajem, to właśnie w Meksyku szczególnie uwielbiano Karola Wojtyłę, choćby za to, iż w swą pierwszą podróż zagraniczną wybrał się właśnie do ich kraju, oddając pokłon Matce Boskiej z Guadalupe i odwiedzając również Pueblę.

 

Kościół chowa w swym wnętrzu lokalną tajemnicę. W grobowcu pod ołtarzem pochowana jest ponoć prawdziwa chińska księżniczka, sprzedana w XVII wieku do Meksyku jako niewolnica. Oswobodzona później łaskawym zrządzeniem losu, swym egzotycznym strojem zainspirowała lokalną sztukę ludową, dając początek tradycji ubioru zwanego china poblana (Chinka z Puebli). Składa się na niego haftowana spódnica, bluzka z frędzelkami i chusta, ze złotymi i srebrnymi ozdobami. Obecnie w meksykańskiej odmianie języka hiszpańskiego słowo china oznacza zarówno służącą, jak i kobietę wielkiej urody. Kilkakrotnie (w drugim oczywiście znaczeniu) sprawdzam użyteczność tego krótkiego słowa, wywołując najczęściej miły uśmiech lub nawet zawstydzenie na twarzach dziewcząt w sklepach, restauracjach i w hotelu.

 

PUZZLE CAŁKIEM SMACZNE.

 

W okolicach kościoła odwiedzam dość spore targowisko. Nastawione na licznych w mieście turystów oferuje drobne pamiątki, lalki w regionalnych strojach, t-shirty, kolorowe krzyżyki i niezliczoną wręcz ilość ceramiki „talavera”. Nosząca nazwę od hiszpańskiej miejscowości, pełna jest po dziś dzień wpływów arabskich. Zarówno w barwie, jak i w mauretańskich formach. Kafle, filiżanki, talerze są najładniejszymi, jakie kiedykolwiek widziałem. I tylko brak miejsca w bagażu i obawa o potłuczenie hamują mnie przez zbyt dużymi zakupami. Nabywam jedynie za kilka pesos maleńki talerzyk z rysunkiem uśmiechniętego słońca. Dziś często przypomina mi ciepłe chwile spędzone w Puebli.

 

Podczas jednego ze spacerów trafiam pod kamienicę o podziurawionej fasadzie. Ogromny napis głosi, iż mieści ona Muzeum Rewolucji. Dziury po kulach, przez nikogo nie usuwane ani nie zamurowywane, pochodzą z 1910 roku, gdy rodzina Merdano wraz 17 pomocnikami rozpoczęła walkę przeciwko półtysięcznej armii dyktatora Porfirio Diaza. Wydarzenie to stało się zarzewiem następnych walk, rozgrywających się w innych częściach kraju. Muzeum odwiedzam na krótko, nie znajdując jednak dla siebie zbyt wielu interesujących eksponatów. Znacznie więcej czasu poświęcam pobliskiej restauracji. Oddaję się potrzebom ciała, bowiem prawdziwym grzechem by było odwiedzić Pueblę de los Ángeles i nie spróbować jego gastronomicznej specjalności. Mole Poblano – najsłynniejsze danie miasta figuruje w każdej restauracji (poza McDonaldsem) i w prawie wszystkich smakuje wyśmienicie. Pikantny sos czekoladowy, serwowany zazwyczaj z indykiem słusznie rozsławił Pueblę. Przyrządzany z chili, pieprzu, orzechów, migdałów, cynamonu, anyżu, pomidorów, cebuli, czosnku i… kakao ma już ponad 450-letnią tradycję, ściśle przekazywaną przez kolejne pokolenia.

 

Rozsmakowuję się w lokalnej kuchni, co dnia próbując mole poblano w innych miejscach i na inne sposoby. Wszędzie jest to niezwykła radość dla podniebienia, która to przyjemność jest w Meksyku dość powszechna. Ani razu nie mam niestety odwagi spróbować innych lokalnych specjalności - gusano de maguey i escamole. Pierwsze to gąsienice, żerujące na agawie, drugie zaś to larwy mrówek, podawane z jajkami i awokado. Dziś tego trochę żałuję, bo być może minęła mnie niezwykła uczta. W zamian wybieram cemitę – sezamową bułkę z farszem z białego sera i camote – paluszki, sporządzane z miąższu słodkich ziemniaków i owoców.

 

PUZZLE RODZINNE.

 

Ominęły mnie robacze przysmaki, nie ominęła zaś okazja odwiedzenia centralnego placu - Zócalo. Przez kilka dni, zazwyczaj po zmroku, odwiedzam odrzewiony plac, pragnąc nacieszyć się pulsem miasta. Wszystkie przewodniki wspominają, iż to właśnie tu toczy się prawdziwe życie towarzyskie i muszę przyznać, iż mają rację. Plac pełen jest ludzi, odwiedzających zabytkową Bibliotekę Palafoxiana (rzadziej) i renesansową katedrę (częściej), siadających na parkowych ławkach lub przy stolikach licznych restauracji (najczęściej). Zwłaszcza wieczorem robi się tu tłoczno, gdy chłodne powietrze sprzyja ożywionym dysputom. Rzadko się w nie włączam, pozostawiając sobie prawo obserwatora. 

 

Pewnego wieczora, siedząc na parkowej ławeczce i przysłuchując się politycznej dyskusji o rządach prezydenta Vincente Foxa, zaczepiony zostaję przez kilkuletnią, czarnooką dziewczynkę, która ze swoją mamą usiadła obok mnie, by poprawić sznurowadła w bucikach. „Skąd przyjechałeś, seňor?”. „Z Polski” – odpowiadam zgodnie z prawdą. „Aha” – konstatuje długowłosa, przyszła Salma Hayek i natychmiast zwraca się do swej matki: „a gdzie leży Polska?”. „W Europie, tam się urodził papież Juan Pablo II” – szepcze cicho trzydziestokilkulatka i uśmiechając się do mnie, na odchodne rzuc a b uen viaje. Odpowiadam tradycyjnym hasta luego, ciesząc się w duchu z tej krótkiej, ale niezwykle przyjemnej chwili sy mp atii od nieznajomych.

 

Co wieczór przyglądam się również indiańskiej rodzinie z dwojgiem małych dzieci. W ciągu dnia pojawia się jedynie trzydziestoparoletni mężczyzna. Siada pod ścianą jednego z banków i cały dzień sprzedaje kolorowe bransoletki i ręcznie wyrabiane obrusy. Cichy, spokojny jest przeciwieństwem rozkrzyczanych sprzedawców bazarowych. Uśmiecha się do każdego, kto na niego spojrzy. Mnie również obdarza ciepłym spojrzeniem, gdy kupuję od niego kilk a b ibelotów. Otoczenie przestaje go interesować dopiero wieczorem, gdy pojawia się jego młoda żona i dwoje dzieci. Te serdecznie witają swego tatę, obściskując go z całych, kilkuletnich sił i na swą miarę pomagają złożyć chodnikowy stragan. Ciągle cieszą się, pokrzykując po swemu indiańsko-dziecięcemu. Później znikają w jednej z uliczek, zdążając dokądś, a dla mnie gdzieś daleko. Gdy kilka wieczorów z rzędu pojawiam się na placu, rodzinny rytuał powtarza się. W pewnej chwili łapię się na tym, iż oczekuję by się zdarzył i plac Zócalo w Puebli zapada mi w pamięci głównie dzięki czteroosobowej indiańskiej rodzinie, strzeżonej przez kilkadziesiąt aniołów na przykatedralnym murze.

 

PUZZLE HISTORYCZNE.

 

Puebla, zwana początkowo Ciudad de los Ángeles (Miasto Aniołów), założone zostało w 1531 roku przez grupę hiszpańskich osadników. Osiem lat później osada miasto nazywało się już Puebla de los Ángeles, które to określenie funkcjonuje do czasów współczesnych. Zbudowane na szlaku handlowym, szybko rozwinęło się jako ważny ośrodek religijny i gospodarczy. Z tutejszej, wysokojakościowej glinki przez kilka wieków wytwarzano niepowtarzalną ceramikę, przynoszącą regionowi wysokie dochody. W końcu XVIII wieku miasto stało się głównym producentem szkła i tekstyliów, wyrastając na drugie co do wielkości miasto kraju (dziś jest na czwartej pozycji). 

 

W 1862 roku Puebla, która wydawała się być łatwym łupem do zdobycia, została zaatakowana przez wojska francuskie. Jednak meksykański generał Ignacio de Zaragoza tak ufortyfikował miasto i pobliskie Cerro de Guadalupe, iż dysponując trzykrotnie mniejszą armią niż korpus francuski, 5 maja odparł atak sześciu tysięcy francuskich żołnierzy. Data Cinco de Mayo stała się od tego czasu symbolem bohaterstwa i świętem, ku czci którego nazywane są ulice w całym Meksyku.

 

Kolejne lata to dla miasta czas wzlotów i upadków. Dziś ponad milionowa aglomeracja jest ważnym ośrodkiem administracyjnym, uniwersyteckim i przemysłowym. Swe fabryki mają tu firmy nowoczesnych technologii i niemiecki koncern Volkswagen, produkujący niezwykle popularne na drogach kraju auta.

 

PUZZLE KOLOROWE.

 

Przemierzając ulice Puebli nie sposób nie poddać się urokowi jego ulic, ocienionych arkad i wszechogarniającej intensywności barw. Czerwienie, żółcienie, błękity i biele pojawiają się niemal wszędzie. W innych częściach świata sąsiadując ze sobą zupełnie by do siebie nie pasowały, w pełnym słońca Meksyku są mieszanką jak najbardziej właściwą. Czasami kolorowe fasady są również zabawne. Tak, jak w słynnej kamienicy Casa de los Muňecos (Dom Lalek), na której w XVII wieku jej właściciel kazał umieścić płytki ceramiczne układające się w karykatury skłóconych z nim rajców miejskich. Za złe mieli mu ponoć to, że jego dom jest większy od ich rezydencji. Dziś mieści się tu Muzeum Uniwersyteckie.  

 

Wiele z kamienic ma urokliwe patia, pozwalające na ucieczkę od ulicznego zgiełku. Z niewielkimi fontannami, basenami i podcieniami są oazami ciszy. Czasami zaglądam do nich, chcąc odpocząć od klaksonów pod moim oknem, które – o dziwo – z każdym dniem stawały się mniej uciążliwe. Częściej jednak spaceruję po coraz dalszych ulicach, odwiedzam ekskluzywną dzielnicę Zona Esmeralda, wspinam się do urokliwego parku na wzgórzu Guadalupe, by nasycić się widokiem miasta i zapachem drzew eukaliptusowych i przede wszystkim przyglądam się przemiłym twarzom Meksykanów, uśmiechających się przy każdej niemal okazji. Być może gdzieś podświadomie tkwi w nich myśl, że może w każdej chwili wrócić kolejne trzęsienie ziemi i dlatego czerpią z codzienności pełnymi garściami. Spotykają się więc ze sobą, cieszą rodzinnymi spacerami, zakupami balonów na głównym deptaku, jedzeniem lodów na Zócalo i popijaniem lekkiego piwa w jednym z tysięcy barów. Nie zapominają o pomocy duchowej, odwiedzając choćby na chwilę jeden z 70 kościołów w historycznym centrum miasta, które UNESCO wpisało na swą listę Dziedzictwa Światowego w 1987 roku. Nawet krótka wizyta w świątyni ma zapewnić osobistą opiekę aniołów, które w pokaźniej liczbie czuwają nad swoim miastem. To przecież, obok Los Angeles i Bangkoku – Miasto Aniołów, czyli ich miasto. Miejsce, do którego gdy tylko nadarzy się okazja, natychmiast powrócę.

 

WARTO WIEDZIEĆ:

 

Nazwa oficjalna: Estados Unidos Mexicanos – Stany Zjednoczone Meksyku.

Powierzchnia kraju:1.923.040 km kw.

Ludność: 103 miliony mieszkańców.

 Ludność miasta Puebla: 1,3 miliona mieszkańców.

 Podział administracyjny kraju: 32 wolne stany.

 Święto narodowe: 16 września – Dzień Niepodległości.

 Języki: hiszpański i 53 języki indiańskie (m.in. nahuatl, maya, zapoteco, mixteco, otomi, totonaca, mazateco, mazahua, huasteco).

 Różnica czasu: - 7 godzin.

 Szczepienia: brak wymaganych szczepień.

 Wiza: Polacy przyjeżdżający do Meksyku w celach turystycznych do 90 dni nie potrzebują wiz. Czasami na granicy można spodziewać się dłuższej rozmowy z urzędnikiem, jeśli poweźmie on podejrzenie, iż przybywa do Meksyku z innym zamiarem (np. by nielegalnie przekroczyć granicę z USA).

 Przeloty do Meksyku: brak bezpośrednich połączeń z Polski. Najłatwiej dostać się do Mexico City (Ciudad de Mexico) przez Amsterdam (KLM), Frankfurt (Lufthansa), Londyn (British Airways) i Madryt (Air Europa). W lecie można również dostać się z Europy bezpośrednio do Cancun. Lot trwa około 11 – 12 godzin.

 Waluta: peso. Średni kurs wynosi ok. 10,50 pesos za 1 USD i 12,60 pesos za 1 Euro. Obce waluty warto wymieniać na lotnisku w Mexico City lub w bankach (skup i sprzedaż). Hotele i punkty wymiany w miejscach turystycznych oferują mniej korzystne kursy. Prawie powszechnie akceptowane są dolary niskich nominałów.

 Noclegi: Szerok a baza hotelowa. Warto przed wyjazdem poszukać w internecie dogodnych ofert. Pomocna jest strona Lonely Planet. Na miejscu w większości miejscowości możn a bez problemu „z ulicy” znaleźć miejsce. Należy się targować.

 Komunikacja międzymiastowa: Autobusy - od najtańszych do „superlujo”, minibusy i samoloty. Na dłuższych trasach opłaca się korzystać z przelotów linii Mexicana, Aero Mexico i Aviacsa. Można jednak spodziewać się bardzo powszechnych problemów z punktualnością, odwoływaniem lotów oraz, szczególnie w dniach wolnych od pracy - nadsprzedaży biletów (overbooking), przez co wiele osób nie dostaje się na pokład. Niechlubny prym wiedzie w tym linia Aero Mexico.

 Jak dojechać do Puebli: Z miasta Meksyk można dojechać autobusami firmy ADO, AU i Estrella Roja.130 kilometrów trasy autokary pokonują w dwie godziny. Przejazd kosztuje około 80 pesos.

 Internet i komórki: W każdej większej miejscowości są kafejki internetowe. Średnia cena to 5-10 pesos za godzinę. Sieć komórkowa działa głównie w dużych miastach i przy ważnych trasach. Telefon GSM przywieziony z Polski musi być trójzakresowy. Uwaga n a b ardzo drogie połączenia do Polski.

 Warto kupić: Ceramika, kolorowe tkaniny, koszule, wyroby skórzane, lalki ze stanu Chiapas (szmaciani Zapatyści), zabawki, drobna srebrn a b iżuteria z Taxco, figury z jadeitu i malowidła na papierze. Warto ich poszukać na tradycyjnych, codziennych targowiskach i bazarach. Warto się targować.

Aby wybrać się z nami na wyprawę:

-Meksyk Honduras Gwatemala - kilknij tutaj 

-Meksyk Kuba - kliknij tutaj