Zmierzchało już, kiedy nasz indiański przewodnik dał sygnał do kąpieli między piraniami. Smagłe ciało Indianina zniknęło pod wodą. W chwilę później w ślad za nim skoczyła reszta przestraszonej załogi canoe. Na łodzi pozostały kobiety.

Indianin wiedział co czyni. Miejscem, które wybrał do kąpieli był środek rozległego i głębokiego rozlewiska. Piranie operują na wodach płytszych, stojących między zaroślami. Zwabić je może zapach świeżej krwi, ale także plusk wody. Mimo więc znikomego niebezpieczeństwa, kąpiel w środku amazońskiej puszczy stanowi wyzwanie rzucone śmiertelnemu niebezpieczeństwu. Nie dziwota zatem, że po wskoczeniu do wody w takiej okolicy, wyobraźnia pracuje wyjątkowo intensywnie. Mimowolnie jak gdyby pamięć przywołuje zasłyszane i oglądane sceny pożeranych stad bydła.
Przed oczami migoczą ogryzione do szczętu kości. Wystarczy najmniejszy sygnał zagrożenia, by żołądek doznał bolesnego skurczu, a krew ogromną falą uderzyła do głowy. Jednak wody jeziora ni zdradzały żadnej obecności śmiercionośnych stworzeń. Zrzuciwszy z siebie zmęczenie dusznego, tropikalnego dnia, pływacy pojedynczo wracali do canoe - indiańskiej łodzi z pnia jednego drzewa. W wodzie pozostał tylko jeden, na którego trwożnie spoglądały pozostałe w łodzi kobiety. Ale i on powoli dopłynął do łodzi, chwycił się za burtę i pewnie wgramoliłby się, gdyby nie to, że kąpiel nadszarpnęła jego siły na tyle, iż dwie kolejne próby zakończyły się fiaskiem. Wąska, chybotliwa łódź nie pozwalała na wciąganie go, bo mogło to zakończyć się wywrotką. W tej zda się beznadziejnej sytuacji, kiedy to gołym okiem dostrzec można było jak zwykły ludzki strach rozszerza źrenice osłabionego pływaka, ktoś - nie wiadomo dokładnie kto - krzyknął piranie!, i stała się rzecz niezwykła. Olbrzymia dawka noradrenaliny, jaka nagle dostała się do krwioobiegu nieszczęśnika, wyprężyła jego zwiotczałe i mdłe ciało, które jak sprężyna odbiło się od tafli wody, wyskoczyło około metr nad wysokość burty i z olbrzymim jękiem zwaliło na dno łodzi. Słońce - olbrzymia czerwona kula, chowało się za horyzont. Selwa zaczynała swój przedziwny koncert na wszystkie możliwe instrumenty. Łagodzący kontury mrok, a za nim ciemności - lepka, wszechogarniająca noc - skradały się nagle i ogarnęły całość, zmieniając wszystko w tajemniczą, ciemną czeluść. A tymczasem leśny koncert nasilał się z minuty na minutę. Teraz już grały wszystkie kapele i orkiestry świata. Odnosiło się wrażenie, że wszelkie najmniejsze stworzenie chce zaakcentować swoją obecność w gęstwinie. Lecz urwał się nagle, tak jak się zaczął, w połowie frazy, po czym brzmiał jeszcze chwilę przerywanym tonem, by osiąść w miękkości selwy.
Niósł się nisko, po rosie. Ale i to ustało. Tylko z oddali dochodził dziwaczny chlupot wody. To w nadbrzeżnych namorzynach buszował zapewne aligator. Intensywny, dynamiczny koncert zmienił się w rozmaitość szmerów, szelestów, pohukiwań. Mógł to być nocny motyl łopoczący olbrzymimi skrzydłami wśród gęstwy listowia


Mogła to być jaszczurka wybiegająca na łowy, ale mógł to być również wąż koralowy - niezwykle jadowity, atakujący ludzi, sunący bezszelestnie niczym zjawa, w sobie tylko znanym kierunku. W środku tego wszystkiego była gromadka śmiałków, odkrywców prawdziwego świata natury. Prymitywny szałas na palach, w którym rozłożyli swoje śpiwory byt jak arka w morzu wszechogarniającej selwy. Wokół nich, pod spodem, u góry, z boku toczyło się bujne, rozdygotane życie zielonego piekła.

Jednak za kilka godzin słońce znowu przebije się przez wielopiętrową warstwę dżungli. Na zagubioną w głuszy polanę wlecą bajeczne, kolorowe, wieloskrzydlate motyle amazońskie. Tuż przed świtem, superjadowity pająk arania zaczai się na swoją ofiarę, wisząc na niewidzialnej nitce pod konarem. W sposób prawie niezauważalny, noc zmieni się w dzień, groza w piękno, a sen w jawę. A może to raj właśnie?

Aby dowiedzieć się więcej o wyprawie kliknij tutaj.