Po kładce należy iść dostojnie, miękko stawiając nogi, aby tupaniem nie obudzić drzemiących w hamakach wopistów i celników. Niełatwa to zadanie. Kładka - deska przerzucona przez graniczną rzekę, pełni rolę mostu, między Hondurasem a Gwatemalą. Strumyk głęboki po kolana, ale pełen tropikalnych paskudztw, niełatwego sforsować.

Jedyna droga po desce powadzi wprost na stanowisko gwatemalskich żołnierzy Ochrony Pogranicza.
A ci dzielnie stoją, a raczej leżą, na jej straży, wyciągnięci jak dłudzy w hamakach podwieszonych pod prowizorycznym zadaszeniem. Gwar głosów budzi jednak wrodzoną czujność. Leżący najbliżej kładki otwiera jedno oko i obserwuje co się dzieje. Jest to wszakże dla niego zbyt wielki wysiłek, bo po chwili zmęczona powieka opada na nowo.Dowódca warty, jegomość słusznego wzrostu, jakieś 160 cm, z wielkim przedpotopowym rewolwerem u boku też śpi, ale snem znacznie płytszym. Kiedy już prawie opuszczamy senny posterunek, podnosi się leniwie. Przeciera zaspane i zdumione oczy. Patrzy na nas niczym na zjawy, jakby nie do końca wierząc, że to już nie sen. Ale dobry dowódca posterunku granicznego wie, jak się ma zachować w takich sytuacjach. Ziewa szeroko, po czym krzyczy- pasaporte porfavor. Oddajemy skwapliwie. Ten zaś zaczyna bić pieczęcią stemple w paszportach z takim hukiem, że cała reszta żołnierzy podnosi głowy. Patrzą z niedowierzaniem, co się dzieje. Takiej liczby ludzi w jednym czasie na raz na tym przejściu nikt nie pamięta. Nawet najstarszy z nich, pomarszczony, zeschnięty na wiór, a będący pewnie na rok przed emeryturą wartownik o zbójeckim spojrzeniu i sumiastych wąsach.
Dowódca w tym czasie nawiązuje z nami kontakt słowny. Kiedy dowiaduje się, że jesteśmy z kraju papieża, pręży się na baczność, salutuje, uprzejmie oddaje paszporty. Koniec formalności. Przechodzimy linię graniczną, a załoga posterunku i jego dowódca na nowo oddają się ulubionemu zajęciu. Na obliczu najstarszego wąsacza maluje się jedno tylko życzenie, aby już dziś do końca żadna podobna grupa nie zmąciła błogiego, krzepiącego i potrzebnego snu. Snu wartownika o potędze Gwatemali.

To już trzy godziny, jak opuściliśmy srodze strzeżoną granicę Gwatemali. Indiański kierowca autobusu, w którym jedziemy w kierunku Antigua, za wszelką cenę próbuje przypodobać się jednej znaszych uczestniczek wyprawy. Zerka na nią z ukosa, wypatruje jakiejś większej dziury na wyboistej drodze i dodaje gazu. Autobus skacze wtedy wysoko odbijając się na wybojach. My walimy głowami w dach, a on w lusterku obserwuje, jakie wrażenie ta jazda wywołuje na jego wybrance. Kiedy w końcu dostrzega bladość jej lica, cieszy się jak dziecko, odwraca głowę, pokazując wspaniałe uzębienie. Na następnej dziurze, autobusem rzuca do góry tak mocno, że mój sąsiad opadając na siedzenie przytrzaskuje sobie język zębami. Uszkadza sobie ten newralgiczny narząd mowy na tyle, że nie jest w stanie nawet wyartykułować swego niezadowolenia z tego powodu. A autobus mknie dalej po wybojach. Kierowca niczym jeździec Apokalipsy ani myśli zwolnić biegu. Za nami unosi się brązowo-brunatna chmura pyłu, który przez otwarte okna dostaje się do środka. Trudno wręcz oddychać. Zaczynamy liczyć czas do końca tej drogi i w tym momencie nie wiadomo dlaczego kierowca gwałtownie hamuje. Rzuca nas do przodu, a pechowiec z przygryzionym językiem uderza twarzą w twarde oparcie fotela przed nim. Uderza tak nieszczęśliwie, że wydaje się, i z całego garnituru pięknych zębów pozostanie mu na pamiątkę prawdopodobnie tylko dolna dziewiątka . No tego było już za wiele. Żądamy natychmiastowego zatrzymania. Do akcji wkracza nasz doktor chorób tropikalnych. Znajduje się buteleczka z wodą utlenioną i spirytus do odkażania ran od wewnątrz. Po przemyciu twarzy okazuje się, że nie jest tak źle. Zęby są w całości. Wybita została co prawda górna jedynka, ale jak w końcu wyznał sam poszkodowany - i tak była sztuczna.Jednak kierowca osiągnął swój cel. Oszpecił najprzystojniejszego w grupie dżentelmena, który wcześniej równieżwdzięczył się do tej samej co on niewiasty.

Mamy wszelako dość takiej jazdy. W pierwszym napotkanym po drodze miasteczku postanawiamy zmienić środek transportu, by nie ryzykować dalej naszego zdrowia, a może i życia. Kiedy po dwóch godzinach jazdy dziesięcioosobowym mikrobusem, cali zdrętwiali dojeżdżamy na miejsce, witający nas na progu swego hotelu jegomość ma okrągłe ze zdziwienia oczy. Widok wysiadających dziewiętnastu powyginanych na różne sposoby przybyszów z daleka (w tym jeden z wybitym zębem i przegryzionym na wpół językiem) robi na nim ogromne wrażenie. Widać wyraźnie, że chce wciągnąć nas w pogawędkę, ale na to nikt nie ma siły. Tym bardziej, iż niedługo czeka nas zagubiony w dziewiczej selwie świat Majów - piramidy Tikalu. Powiązany drutem i sznurkiem samolot AN-2 produkcji radzieckiej po godzinie chybotliwego lotu nad selwą przenosi nas na północ Gwatemali. Pod nami jezioro Peten Itza. Rosyjska załoga lotem nurkowym schodzi do lądowania. Bardziej wrażliwi pasażerowie zamykają oczy. Kiedy je otwierają, samolot kołuje już po pasie lotniska. Przy pomocy wspaniałego cudu techniki myśli radzieckiej, oszczędziliśmy 18 godzin morderczej jazdy przez interior. Jesteśmy we Flores, skąd tylko krok do Tikalu.
Tikal
Tikal - najznamienitszy zabytek kultury Majów poraża swoim ogromem, tajemniczością, niewyobrażalną wręcz harmonią form przedziwnych budowli pośród selwy. Odkryty stosunkowo niedawno, stał się Mekką dla prawdziwych krajoznawców, ludzi spragnionych choć trochę zgłębić tajemnicę o tym dziwnym narodzie. Tikal - miejsce niezwykłe, elektryzujące ciało, pobudzające wyobraźnię o zaginionej cywilizacji. Jest jednocześnie miejscem, gdzie człowiek przenosi się w świat bogów, tradycji i kultury Majów, świat materialnej spuścizny tego, co kiedyś wybudowano. Wystarczy przekroczyć granice wykopalisk, aby odczuć to olbrzymie tchnienie historii, której nikt jeszcze do końca nie zgłębił i nie wyjaśnił. Zaawansowane prace archeologiczne uczonych, głównie z uniwersytetu Pensylwania, tylko na trochę uchyliły rąbka wielkiej tajemnicy o Majach. Dzięki nimi wiemy, że budowniczowie tych obiektów dysponowali wielką wiedzą z dziedziny astronomii i matematyki. Świątynię Jaguara oglądamy pod słońce. Jest wspaniała. Z trudem pokonujemy setkę stromych, wiodących ku niemu stopni, aby po tym wysiłku zastygnąć w niemym zachwycie nad tym, co dane jest nam zobaczyć. Z dżungli, gdzie panuje wręcz półmrok, słońce ledwo przemija się przez gęstwinę, a pole widzenia zawęża się do kilku metrów; dostaliśmy się ponad wierzchołki najwyższych drzew! Wzrok sięga daleko, gdzieś tam, gdzie niebo zlewa się z linią horyzontu. Sycimy oczy soczystą, rozlaną wokół zielenią, siadamy i w ciszy kontemplujemy otoczenie, leniwie wodząc wzrokiem po wystających wierzchołkach piramid. Jest południe. Wszelki zwierz zaszył się głęboko w kniei. Trwa natomiast osobliwy koncert cykad - świerszczy leśnych. Południe to najlepsza pora na ich śpiewy. Delikatne, lekkie, szeleszczące odgłosy rozchodzą się wszędzie. Wtórują jakby lekkiemu falowaniu selwy poruszanej ciepłym powiewem wiatru. Poza tym nic więcej nie słychać. Czasami tylko gdzieś dojdzie z dali odgłos małp baraszkujących między koronami drzew. Przedziwna harmonia natury i zastygłego w kamiennych budowlach piękna architektury Majów. Nikt z tych, kto zdobył się na wysiłek, wspiął się na wierzchołek piramidy, nie może pozostać obojętny na to co zobaczył. Ta dawka estetycznych doznań warto jest znacznie bardziej skomplikowanej i niebezpiecznej drogi, niż ta, którą przebyliśmy, aby dostać się do tego miejsca. Robi się późno, węże zaczynają wychodzić na spacer, a my ciągle siedzimy w tym samym miejscu. Chciałoby się zabrać ten obraz ze sobą. Zdajemy sobie sprawę, że sprawność komunikatywna języka jest byt mała, aby nazwać po imieniu i opisać, co się widzi, czuje, doznaje. Ten niewysłowiony skurcz gardła, kołatanie duszy, błogość umysłu, ciarki przechodzące po plecach. To miejsce magiczne, jedyne w swoim rodzaju, niezwykłe i rzucające na kolana. Kto nie widział Tikalu, nic nie widział, żyje w grzechu krajoznawczym, do piekła pójdzie...

Aby doświadczyć tej niesamowitej podróży kliknij tutaj!