papua

 

Świat stanął na głowie, wszedł w zakręt, na którym nabrał poślizgu i zapędził się w ślepą uliczkę trochę bez wyjścia. Odnoszę wrażenie, że sprawdzone mechanizmy naprawcze poparte dotychczasową wiedzą naukową zaczynają zawodzić… Znane autorytety z dziedziny epidemiologii wygłaszają różne, niekoniecznie zbieżne ze sobą opinie. Przeciętny człowiek zaczyna się powoli w tym wszystkim gubić i nie do końca wie komu ma wierzyć. W takich sytuacjach powstaje przekonanie, że jedynym, skutecznym panaceum może być modlitwa. Warunek, że szczera i żarliwa. W coraz bardziej zlaicyzowanym społeczeństwie sporo ludzi ma z tym jednak kłopot. Ale kto wie czy nie jest to jakimś remedium na melancholię, strach i zwątpienie „w czas zarazy”. Pamiętam moją pierwszą wyprawę do Papui-Nowej Gwinei przeszło 25 lat temu. Zdarzyło mi się wtedy uczestniczyć we mszy dla Papuasów – świeżo upieczonych chrześcijan, którzy często zaraz po mszy gromadzą się w swoim domu duchów w którym uprawiają praktyki animistyczne, odtwarzają i naśladują rytuały praojców .Miejscowi misjonarze starają się tego nie zauważać. Są cierpliwi w zabiegach o umysły i dusze swoich wiernych. Wiele zabiegów kosztuje wytłumaczenie niedawnym ludożercom co znaczy spożywać ciało i krew pod postacią chleba i wina.

Pamiętam dokładnie drogę na mszę u ludożerców.
Długie, wąskie dłubanki cięły wtedy spokojna toń wody na rzece Sepik.  wstawał świt. Uśpiony las deszczowy budził się do życia. To był kolejny dzień nad Górnym Sepikiem, najbardziej odległą i dziką krainą Papui Nowej Gwinei. Łodzie krajowców sunęły cicho w kierunku placówki misyjnej nad rzeką. Był wczesny niedzielny poranek , msza  się jak zawsze ,wcześnie rano, zanim porażający upał i wilgoć zatykająca oddech miały dać znać o sobie.  Misyjny kościół posadowiono na samym skraju wysokiego w tym miejscu brzegu. Nasz papuaski  przewodnik  przypatroczył  dłubankę do drzewa i poprowadził błotnistą ścieżką przez chaszcze do góry.
Pod kościołem w kształcie papuaskiej chaty zebrał się już wtedy spory tłum krajowców. Po chwili pojawił się misjonarz. Szybkie uściski dłoni . Wszyscy są już pod dachem. Przez niezabudowaną ścianę widać płynący majestatycznie Sepik, słychać tokowanie rajskiego ptaka, widać poranne mgły snujące się nad gęstym lasem tropikalnym. W Kościele, który składa się z samego właściwie dachu na podporach, panuje lekki półmrok. Zanim wzrok przyzwyczai się do oświetlenia, widać tylko błyskające białka oczu i nieskazitelnie białe zęby, bo właśnie zaczyął się śpiew.
Stanąłem zauroczony scenerią i misterium, które rozgrywało się na naszych oczach.  Zapisałem w pamiętniku - słychać śpiew niezwykły, chwytający za serce, na kilka głosów, modulowany, mocny, porywający, unoszący się ku sklepieniu, aby odbiwszy się od niego echem jeszcze raz zapaść w dusze, przesycić otoczenie, wzruszyć nawet najbardziej kamienne serce.Spoglądam po moich towarzyszach. Są jak zahipnotyzowani. Misjonarz właśnie zapowiedział, że przybyli goście z dalekiej Polski. Śpiew cichnie, zrywają się oklaski, ale chyba nie wszyscy z nas je słyszą, pogrążeni w przeżywaniu Eucharystii pod niebem Nowej Gwinei. Widzę dwie stróżki łez na twarzy Matyldy, najmłodszej uczestniczki wyprawy. Widzę, że ktoś inny również ukradkiem ociera oczy…Czas staje w miejscu. Czuć tylko pulsowanie pieśni, rezonans, błogostan. Wzrok błądzi po misternie zdobionym sklepieniu. Rozmodlone oczy zatrzymują się na olbrzymim krucyfiksie, na którym Chrystus ma papuaskie rysy twarzy... Oczy, które widzą i nie widza, patrzą i nie patrzą, wznoszą się ku niebu w geście poddania się Bogu i Jego wyrokom. A śpiew, potężny, mocny l wyraźny, niesie się ponad dżunglą, na chwałę Pana-Stwórcy wszystkich rzeczy i wszelkiego stworzenia.
To właśnie tam, w najbardziej oddalonym od cywilizacji miejscu na ziemi, gdzie do dnia dzisiejszego używa się kamiennych siekier, odkryłem nagle moc  wiary, uległem w jakimś sensie cudowi zrozumienia czym jest wiara prawdziwa. Obserwując wtedy półnagich, bosonogich dzikusów, odniosłem wrażenie  że ci ludzie  na pewno wierzą szczerze,  nie udają pobożnych. Są naturalni, spontaniczni i chwalą Boga po swojemu i jak Bóg przykazał z całego serca, z całej siły i całą mocą.

Może więc  czas wrócić do korzeni tego  czym jest duchowe obcowanie  z Absolutem . To  chyba jest najlepszy pokarm dla strapionych dusz. Pokarm , którego ostatnio tak bardzo nam brakuje…