preloader

HONDURAS - bananowa republika

Marek Śliwka

Autobus zatoczył szeroki łuk na pustawym placu, zatrzymując się w cieniu rozłożystego drzewa. To już końcowy przystanek przed granicą Hondurasu. Jest upalne południe, czas sjesty. W powietrzu unosi się czerwony pył wzniesiony przez hamujący wehikuł, którym przyjechaliśmy.

Plac, na którym się znajdujemy to jednocześnie małe targowisko. Kwitnie tu przygraniczny handel. Podczas sjesty niewiele się dzieje, jednak nasz przyjazd wprowadza pewne zamieszanie. Stoimy na placu kurczowo trzymając przy sobie bagaż w obawie przed sprytnymi tubylcami, którzy swoim zachowaniem wykazują wielką chęć zwędzenia naszego przenośnego dobytku. Młodzi ludzie są tak pewni swego, że nawet nie spieszą się z ograbieniem nas od razu.
Szczerzą zęby, są wyraźnie zadowoleni, zaczepiają współtowarzyszki naszej wyprawy. Wiedzą, że najgorsze dopiero przed nami. Dla tubylców jesteśmy gringo, a takim ludziom w ich ocenie trzeba okazać pogardę i koniecznie okraść. Stojąc tak pełni obaw dostrzegamy nieopodal wózek z dyszlem. Natychmiast ładujemy na niego nasz bagaż i robimy wokół zabezpieczające koło. Powoli ruszamy przez tłum. Rozstępują się z szacunkiem, takiej sytuacji nie przewidzieli. Skąd jesteście? - pytają. Polonia - odpowiadamy chórem już w pełnym marszu. No gringo! - dodaje ktoś, aby rozwiać ostatnie ich wątpliwości. Ruszają za nami, proponują pomoc, prawdopodobnie zmienili zamiary. Rozdajemy im drobne prezenty i robimy wspólną fotografię. Chyba nas trochę polubili, szkoda, że tak późno. Adios amigos. Bienvenidos a Honduras. To niemożliwe! - krzyczy ktoś z naszych, stojąc przy straganie.
[page]Trzy kilogramy bananów za równowartość 20 centów. Raczej trudno umrzeć z głodu w tym kraju. Bananowa Republika Hondurasu słynie z rozległych upraw tych tropikalnych owoców. Bananowce o olbrzymich, ciemnozielonych liściach rosną prawie wszędzie. Można je spotkać w przydomowych ogródkach, na poletkach, w rowach, ale przede wszystkim na olbrzymich plantacjach. Wielkie kiście zielonych jeszcze bananów naginają krzewy do ziemi. Ich widok kusi i nęci, jednak zdobycie owocu nie jest takie łatwe. Bardzo często zdarza się, że wśród liści zaczai się zielona żmija bananowa, która atakuje niezwykle szybko, kąsając wyciągniętą po owoc ludzką rękę. Zatrzymujemy się na postój; wokół mnóstwo bananów, jednak świadomość zagrożenia skutecznie studzi apetyt na dorodne owoce. Już lepiej wysupłać te 20 - 30 centów. Dla prawdziwych smakoszy serwuje się specjalny gatunek bananów pieczonych na ruszcie. Banan w Hondurasie pełni w jakimś sensie rolę naszego ziemniaka, jest we wszystkich przepisach kulinarnych miejscowej kuchni. Jadąc wzdłuż bananowych gajów dojeżdżamy do stolicy kraju Tegucigalpy. W mieście tym bardzo często mają miejsce uliczne demonstracje. W czasie kiedy wjeżdżamy, ustaje ruch uliczny, policja gromadzi siły, tłum szary i złowrogi gęstnieje z minuty na minutę, słychać coraz głośniejsze okrzyki, brzęk tłuczonego szkła.

O zmroku wybuchy petard, syreny radiowozów policyjnych mieszają się ze śpiewem ptaków i biciem dzwonów kolonialnego kościoła o wyjątkowo białych ścianach. Pod czarnym nieboskłonem wiszącym nad Tegucigalpą rozgrywają się utarczki między sytymi a resztą o pustych żołądkach. Mimo całej grozy sytuacji jest w tym także coś z fiesty, karnawału, zamiłowania do ulicznej zabawy, choćby pod pretekstem walki o poprawę bytu.
To coś potrafi ubarwić skromny byt, pozwala zapomnieć o szarym jutrze. Bo jutro - manana - będzie dopiero jutro.
0000-00-00
alertUżywasz bardzo starej, nieaktualnej wersji przeglądarki Internet Explorer, w związku z czym strona nie będzie wyświetlać się prawidłowo.
Ze względów bezpieczeństwa zalecana jest jej aktualizacja (Windows 7 i nowsze) lub zmiana na alternatywną np. Mozilla Firefox (Windows Vista, XP i starsze).